piątek, 20 kwietnia 2018

Come back to Xmas! Birbant i jego El Jaguaris


Tak, wiem że o Świętach Bożego Narodzenia już nikt nie pamięta. Wiem, że prezenty od Mikołaja już dawno zjedzone (lub zniszczone w przypadku dzieci). Co niektórzy zapewne już zapomnieli nawet o Wielkanocy. A ja tu wyjeżdżam z takim piwem… To znaczy może nie chodzi tu o samo piwo, lecz o typowo świąteczną etykietę.
No, ale co mam począć skoro El Jaguaris nie doczekał się swojej kolejki w zimowych miesiącach? Piwo zakupione, więc przecie nie wyrzucę, ubogim nie oddam, bo mi też się nie przelewa. Trzeba wypić, napisać reckę i podzielić się wrażeniami z piwoludkami ;)
Tak, tak, etykieta jest naprawdę zacna. Podoba mi się jak mało która. Zresztą to już nie pierwsza od Birbanta nawiązująca do jegomościa w czerwonym płaszczu (pamiętacie Sheep Szit, piwo z gównem?). Te kolory, ta kreska, ten humor. No ja to po prostu kupuję!
W środku tego zabawnego opakowania kryje się Coffee RIS. Ale jest tu coś dziwnego – na kontrze jest gatka-szmatka o ziarnach gwatemalskiej kawy El Jaguar, ale w składzie żadnych ziaren nie ma, kawy też nie ma. Czyżby mała wtopa ze strony browaru? 


Pewnie tak, bo w gębie kawy jest od cholery. Świeżo parzona kawusia w smaku jest bardzo wyraźna. Taka bez śmietanki, dość tęga, ale z pewną ilością cukru. Piwo jest dosyć gęste i przyjemnie oleiste jak na te parametry (24,5º Blg). Powoli spływa w dół przełyku. W ciemno obstawiałbym kilka ballingów więcej, więc naprawdę się postarano w tym temacie. Prócz mocnej kawy mamy tu jeszcze spore pokłady palonego słodu, gorzkiego kakao i gorzkiej czekolady. Wszystko rzecz jasna w rasowym wydaniu. Widać, że nie używano półśrodków, nie chodzono na skróty. Dość szybko do gry włącza się kawowo-palona goryczka o umiarkowanej mocy rażenia. Jest bardzo szlachetna, krótka i ułożona. Nie zalega ani przez chwilę. Totalnie z tyłu natomiast wlecze się lekka nutka popiołu i spalenizny. Klimaty całkiem przyjemne i zupełnie pożądane w tym stylu. Ilość bąbelków również bez zarzutu – jest ich niewiele i tak ma być. Alkoholu nie czuć wcale! Absolutnie nic, zero! Nie wiem, jak oni to zrobili??? Całość jest niebywale smaczna, szalenie wyrazista w odbiorze, choć niezbyt mocno urozmaicona. Ale szanuję takie podejście.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Żywiec Sesyjne IPA. Koncernowy wyścig zbrojeń trwa


Niezbyt długo trzeba było czekać na odpowiedź Żywca na pierwsze nowofalowe piwo z Kompanii Piwowarskiej. Równo dwa miesiące po debiucie Książęcego IPA, na półki sklepowe trafił konkurent z GŻ – Żywiec Sesyjne IPA. Piwo nie jest może, aż takim wielkim szokiem, jaki towarzyszył premierze Żywca APA, no ale bez wątpienia internety dosyć głośno huczą o najmłodszym dziecku Grupy Żywiec.
Na wstępie daję sporego plusa za uczciwe podejście do tematu (w przeciwieństwie do giganta z Tych/Tychów?). Napisali jasno i wyraźnie – piwo typu Session India Pale Ale. Mamy tu bowiem równo 5% alkoholu i tylko 12º Plato. Tym samym piwo to jest lżejsze niż siostrzana APA. Książęce IPA tak naprawdę także jest sesyjnym IPA, choć nigdzie nie znajdziemy takiej informacji.
Drugi komplement Żywiec IPA dostaje za zajefajną kolorystykę – wg mnie jest to najładniejsza eta ze wszystkich Żywców. Ten turkusowy odcień naprawdę przyciąga wzrok. Do tego dochodzi dobrze wyeksponowany napis IPA. Szanuję :)
Żeby nie było tak ładnie i pięknie, to karnego kutasa nowemu Żywcowi wręczam za niepełny skład. Skoro na apce wymienili wszystkie słody i chmiele, to dlaczego do jasnej Anielki na ipie tego nie ma?! Troszkę konsekwencji Grupo Żywiec. 


Do piwa zostało stworzone dedykowane szkło, coś na kształt IPA Glass. Szkoda tylko, że w Teskaczu nie było zestawów z tym, jakże zajebistym szkiełkiem. Swoją drogą już po raz drugi brytyjska sieć zaskoczyła mnie wczesną dostępnością nowinki na ich półce. To samo było z Książęcym IPA. W Tesco było do kupienia na długo przed tym, nim nowość z KP rozpanoszyła się w innych sieciach i sklepikach.
Okej. Pora przyjrzeć się rzeczonej nowince. Jak to koncerniak, w szkle piwo prezentuje się bez zarzutu. Bialutka czapa piany jest nad wyraz obfita, gęsta i przyzwoicie drobna. Skubana, a jaka nieśmiertelna! W zasadzie to nie opada i trzeba ją spijać. Lacing również klasy światowej. Kłaniam się nisko i nie mam pytań. Ciecz nosi złociste wdzianko i jest lekko mętna, ale oczywiście butla podczas zakupów porządnie wytarzała się w wózku, więc piwo nie miało się kiedy sklarować.
W smaku jest całkiem nieźle. Czuć sesyjność oraz lekkość. Piwo jest przyjemnie rześkie, świeże i odpowiednio wysycone, czyli wyraźnie, ale jeszcze nie natrętnie. Królują tu kwaskowe cytrusy, głównie w formie skórek z limonki, cytryny, mandarynki oraz pigwy (!). Z amerykańskich chmieli wyłapuję jeszcze odrobinę kwiatów, kapkę żywicy oraz nieco akcentów leśnych w formie igliwia. Podoba mi się taki obrót sprawy. Słodowość jest tu przyjemnym wypełniaczem doznań. Chmielowo-cytrusowa goryczka jest może i słaba, ale jakże przyjemna, gładka i ułożona. Nie odkłada się na języku ani przez chwilę, dobrze radząc sobie z kontrowaniem biszkoptowo-chlebowej słodowości. Tłem natomiast sunie ulotna landrynkowa nuta, która zapewne nie każdemu podpasuje, ale mi bynajmniej nie przeszkadza. Całość smakuje dobrze, naturalnie i świeżo. Dobra robota.

niedziela, 15 kwietnia 2018

PO GODZINACH - IPL z Browaru Amber


Moja mordka się cieszy na widok słoneczka za oknem. Moja dusza się raduje, gdy słupki rtęci ochoczo dobijają do dwudziestki. Nic, tylko pójść w plener, wziąć zimne piwko i rozkoszować się nim na łonie natury. Zaraz, zaraz – a nowa ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi?! No tak. Dzięki naszym kochanym posłom od niedawna nie można już legalnie napić się piwa w terenie. *uje! Chociaż z drugiej strony, który policjant Cię tam zobaczy na jakimś odludziu? Zapewne nic się nie zmieni w tym temacie, może tylko adrenalinka będzie większa ;>
Zatem w związku ze sprzyjającą aurą na zewnątrz sięgam dzisiaj po typowo letni, czy też wiosenny napitek oparty na chmielach – IPL z serii Po Godzinach od Ambera. Nie jest to żadna nowość, bo jest to chyba jedno z kilku pierwszych piw tego cyklu, które kiedyś celowo sobie odpuściłem. W ostatnim czasie jednak zaczynam coraz bardziej doceniać starania Browaru Amber, więc niejako cofam się w czasie i piję ów India Pale Lager. Co to właściwie jest za piwo? Zapewne chodzi tu o pewnego rodzaju odpowiednik IPA, tyle że na drożdżach dolnej fermentacji. W składzie bowiem mamy jankeskie chmiele, choć nie zabrakło tu również polskiej Marynki i Sybilli.
No to jedziemy z tematem.


Piwo nalewa się z obfitą i apetyczną pianą o przeciętnej gęstości i ładnej bielutkiej barwie. Rzeczona kołderka jednakże dość szybko się dziurawi i opada, solidnie przy tym lepiąc się do szkła. Wygląda to nieźle, szkoda tylko, że niezbyt długo cieszy narząd wzroku. Ciecz przybiera typowo złocisty odcień, przy czym jest lekko mętna. Niechaj tak będzie.
Pierwsze kilka łyków przynosi fajne orzeźwienie. IPL to rześki, przyjemnie chmielowy napitek. Istnieje tu wyraźna równowaga na granicy polsko-amerykańskiego chmielenia. Są bowiem zioła, liście tytoniu, źdźbła trawy, jak również nieśmiałe cytrusy, żywica oraz świeże pędy sosny. Słodowość w miarę dobrze z nimi współpracuje, nie wpierdziela się gdzie nie trzeba. Szanuję to. Dosyć szybko do gry włącza się niemałych rozmiarów goryczka o ziołowo-grejpfrutowym profilu. Jest naprawdę mocna i wyrazista, nieco nawet zalegająca, ale przy tym dość gładka i zaokrąglona. Dopiero teraz wyczytałem na kontrze, że ma ona, aż 55 IBU! Szacun. Nie spodziewałem się tego po Amberze. To zapewne z tego powodu nadali mu przydomek India, bo parametry nijak się mają do mocnego piwa. Wysycenie na średnim poziomie, czyli tak jak ma być. Całość dobrze pijalna, harmonijna i smaczna. Tak trzymać.

czwartek, 12 kwietnia 2018

POLSKA PIWNĄ POTĘGĄ?


Każdy w miarę ogarnięty piwosz na świecie zapewne potrafi wymienić tzw. „piwne narody” – Czechy, Belgia, Niemcy, Wielka Brytania. Chodzi tu o kraje, gdzie szeroko pojęta kultura piwna jest wysoko rozwinięta. Kraje, gdzie piwa pije się dużo, gdzie tradycja warzenia oraz picia piwa jest bogata i sięga wielu stuleci. W państwach tych większość obywateli stawia „złocisty trunek” ponad inne napoje alkoholowe. Nie wszystkie z tych państw rzecz jasna wiodą prym w produkcji, czy też konsumpcji piwa, ale prawdą jest, że kojarzone są one z bogatą tradycją piwną. Zatem każde z nich pod jakimś względem można uznać za piwną potęgę.
Czy zastanawialiście się kiedyś jak na ich tle wypada nasza ojczyzna? Czy my też mamy się czym pochwalić w tym temacie? Czy Polska jest piwną potęgą?
Postanowiłem w końcu zgłębić to zagadnienie, bo nurtowało mnie ono już od dawna. Odpowiedź być może nie będzie jednoznaczna, a może nie będzie jej wcale. Jakie bowiem kryteria mają o tym decydować? Jakie czynniki o tym przesądzają? Co sprawia, że dany naród jest poważany w piwnym świecie? Nie znam oczywiście odpowiedzi na te pytania, ale znam trochę statystyk, które zapewne dadzą Wam trochę do myślenia. Zaczynamy :)

Produkcja

Produkcja piwa to jeden z ważniejszych w tym zestawieniu czynników. Oczywiście ma ona bezpośrednie korelacje z konsumpcją, bo przecież eksport zazwyczaj stanowi znikomą część produkcji piwa. Jak mawia stare mądre powiedzenie – nawarzyłeś piwa, to musisz je teraz wypić.
Jedne kraje warzą na potęgę, dla innych natomiast piwo jest totalnym marginesem. A jak w tym aspekcie wypada Polska? Bardzo dobrze! Jesteśmy w czołówce :)


Dla wielu będzie to wielkie zaskoczenie, ale jesteśmy na dziewiątym miejscu na świecie w produkcji piwa. Na świecie! W Europie na czwartym, nawet licząc Rosję, która w przeważającej większości leży na innym kontynencie. Nieźle co?


Od kilkunastu lat w naszym kraju obserwuje się stały i stabilny wzrost produkcji piwa, co pokazuje niniejsza krzywa. Co prawda wg najnowszych danych w 2017 roku produkcja spadła do poziomu 39,9 mln hl, ale miejmy nadzieję, że to jednorazowe potknięcie.
Powoli doganiamy Wielką Brytanię, ale o tym by zbliżyć się do Niemców nawet nie ma co marzyć. Rzecz jasna ma to poniekąd związek z liczbą ludności. Czechów nie ma w czołówce, bo to mały kraj o stosunkowo niewielkiej liczbie ludności. Światowymi liderami w produkcji piwa są za to Chińczycy. Dalibyście wiarę? Kraj zupełnie nie kojarzony z piwem. No, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że jest ich aż 1,4 mld i niech każdy z nich wypije rocznie kilka piwek, no to mamy ogromne ilości napoju z pianką, który trzeba przecież uwarzyć.

Spożycie

To chyba ulubiona część wszystkich statystyk dotyczących alkoholu. Co, jak nie ilość wypijanego piwa powie nam, czy mamy do czynienia z piwnym narodem? Jeśli w produkcji piwa jesteśmy w czołówce na świecie, to w jego piciu – mówiąc żargonem piłkarskim –jesteśmy praktycznie na samej szpicy. Czwarte miejsce na tej planecie – 99 litrów na głowę!


Od wielu dekad liderami są oczywiście nasi południowi sąsiedzi, dlatego między innymi uznawani są za piwną potęgę. Ale co ciekawe pepiczki piją piwa coraz mniej, bowiem w szczytowej formie było to, aż 160 litrów na osobę. My natomiast pijemy coraz więcej. Zapewne ja osobiście się do tego przyczyniłem, jak i wielu z Was ;)
A czy zauważyliście, że wszystkie te cztery kraje leżą obok siebie? Dziwny zbieg okoliczności prawda?

Nie pozostaje nam nic, jak tylko się cieszyć. Czechów pewnie nigdy nie dogonimy, ale Austrię, czy Niemcy mamy szansę przegonić, zwłaszcza że spożycie piwa u tych drugich spada od kilku lat.

Eksport
Eksport rzecz jasna piwa, bo o tym jest mowa. Może nie jesteśmy w tej dziedzinie liderami (choć szczerze, to nie dotarłem do danych z innych państw), ale jedno wiem na pewno – eksport polskiego piwa za granicę ma się bardzo dobrze. 3,36 mln hektolitrów to całkiem spora ilość.

wtorek, 10 kwietnia 2018

RIS Whisky Slyrs BA z Browaru Wrężel


Lud przemówił! A z ludem trzeba się zgadzać (ci co się nie zgadzali źle na tym wyszli).
Kochani, zgodnie Waszymi głosami na fanpage w pierwszej kolejności biorę się za RISa od Wrężela. W tym miejscu chciałbym też podziękować wszystkim aktywnym lubisiom :) Dzięki Wam takie akcje mają sens.
No to co my tu mamy w tym kartoniku? Imperial Stout Slyrs Whisky Barrel Aged. Wiem, dużo trudnych słówek padło, więc wyjaśniam. Jest to imperialny Stout leżakowany w dębowych beczkach po niemieckiej whisky Slyrs. Może się nie znam, ale wydaje mi się, że jest to najpopularniejsza destylarnia u helmutów. Nie mam jednak pojęcia jak ta łycha odnosi się do szkockiej, czy irlandzkiej szkoły produkowania tegoż trunku.
Trzeba odnotować, że jest to taki zwyczajny RIS bez dodatków, ale ma bardzo prawilne parametry – 24,5º Blg oraz 11,5% alko. Miło patrzeć na takie cyferki :) Oko cieszy też kartonik – ładny, zgrabny i powabny. Przykuwający uwagę, ale jednocześnie łudząco podobny do swojego brata - drugiego RISa od Wrężela, leżakowanego w beczce po jakimś single malt


Piwko jest totalnie czarne, ale nalewa się zupełnie bez piany. Oczywiście do szczęścia mi ona niepotrzebna, ale miło jest jak się utworzy choć skromna koronka. Tutaj natomiast nic, cisza, pustka.
Łykniem więc. Fajna pełnia, gładkość, przyjemna RISowa paloność, tylko kurde dosyć wyraźnie piecze mnie alkohol. Pali, zalega, jest nieułożony i zadziorny. Rzecz jasna ponad 11 voltów to już nie przelewki, ale naprawdę nie tego się spodziewałem. Na szczęście z biegiem czasu jest lepiej, moje podniebienie się przyzwyczaja, ale pierwsze kilka łyków było naprawdę hardcorowe. Sporo tu mocnej kawy z niewielką ilością cukru, mnóstwo palonych słodów, gorzkiej czekolady i gorzkiego kakao. Daleko w głębi majaczy subtelna nutka łyskacza, dębiny i jakby wanilii. W każdym razie przewija się tutaj bliżej nieokreślona słodycz. Goryczka jest typu palonego, kawowego. Jest krótka, mocna i szlachetna. Świetnie wywiązuje się ze swej roli, doskonale równoważąc słodową podstawę. Nie ma tu jakiejś wielkiej złożoności, ale piwo smakuje dobrze (pomijam piekący etanol).

niedziela, 8 kwietnia 2018

SHORT TEST: Apache od Radugi



Prolog: Wiosna w pełni, pogoda w końcu dopisuje, mordki się cieszą, bo lubią ciepło :D Sięgam więc po typowo letnie klimaty. Takie co to jednocześnie orzeźwią i napoją znudzonego człeka.
O co kaman: Apache od Radugi to Wit IPA, czyli połączenie dwóch światów piwnych – amerykańskiej IPY i belgijskiego Witbiera. Stąd w składzie kolendra oraz skórki pomarańczy.
Wdzianko: Bardzo prawilne. Barwa złocista, odpowiednio mętna. Piana zadowalająco wysoka, średnio pęcherzykowa, oblepiająca ścianki, ale niestety niezbyt trwała.
Kichawa mówi: Pachnie ładnie, świeżo i rześko, ale co jedynie średnio intensywnie. Są hamerykańskie chmiele, jest kapka żywicy, lasu i całkiem sporo cytrusów. W tle nieśmiała nutka mango, marakuji oraz papaji. Kolendra mocno wycofana do defensywny. Całość lekka i zwiewna. Może się podobać.
Jadaczka mówi: Mniam, mniam. Smaczne to, soczyste i faktycznie rześkie. Czuć skórkę oraz nieśmiałą kolendrę. Jankeskie lupuliny także, głównie w formie żywicy, iglaków oraz cytrusów. Piwo jest umiarkowanie lekkie, odpowiednio pełne w smaku, dobrze zbalansowane. Chmielowo-grejpfrutowa goryczka idealnie kontruje niezbyt obszerną słodowość. Wysycenie średnie w kierunku niskiego.
Komu mogę polecić: Mojemu dobremu koledze – Piotrkowi Churasowi oraz mojej Kasi. Oni lubią takie klimaty :)
Epilog: Apache to dość smaczne, rześkie i fajnie pachnące piwo na lato. Czuć tu zarówno ducha piwnej rewolucji, jak i witbierowe tło. W zasadzie ciężko postawić mu jakieś poważne zarzuty, choć całość mogłaby być trochę bardziej wyrazista. Posiadać jakiegoś pazura, czymś się wyróżniać, tymczasem piwo ginie w tłumie innych dobrych, ale niczym nie wyróżniających się piw.

OCENA: 7/10
CENA: ok 8ZŁ
ALK. 5,7%
TERMIN WAŻNOŚCI: 04.2018
BROWAR RADUGA//BROWAR ZAPANBRAT

piątek, 6 kwietnia 2018

OKO W OKO - Brackie vs Brackie Pils


Ostatnio jakoś mam liczne pomysły na degustacje porównawcze. To z pewnością bardziej ciekawe niż standardowa recka jednego piwa. Zastanawiam się nawet, czy nie stworzyć ku temu nowego działu na blogu? No bo są już Short Testy, jest Moja Piwniczka, jest Tydzień z…, jest Piwo Miesiąca, są Wielkie Testy, Wycieczki/Wydarzenia oraz Różne Różności. Serię wpisów degustacji porównawczych nazwałbym na przykład „Face to Face” lub „Oko w Oko”. Co myślicie? ;>
Dziś porównam ze sobą może nie piwa w teorii identyczne, ale mające prawie identyczną nazwę – Brackie oraz Brackie Pils. Spójrzcie - nawet etykiety są zrobione z tego samego szablonu! Różnią się tylko kolorami oraz poszczególnymi wstawkami.
Brackie z Cieszyna jest już z nami od bardzo dawna. Przed piwną rewolucją było ono powodem jarania się sporej części piwomaniaków. W czasach swojej świetności Brackie wyróżniało się „jakimś” smakiem, głębią oraz wyrazistą jak na tamte czasy goryczką. Obecnie zalega głównie w Żabkach i Freshmarketach, a grono jego fanów drastycznie zmalało, zupełnie jak przyrodzenie słonia tuż po stosunku. Kiedyś nawet recenzowałem je na blogu…
Brackie Pils natomiast zawitało na półki sklepowe „zaledwie” kilka lat temu. Co ważne – piwo to, mimo spójnej marki warzone jest w Żywcu, a nie w Cieszynie, który jak wiemy uzyskał swego czasu sporą autonomię, ale na papierze wciąż należy do Grupy Żywiec. W teorii ma to być pils na polskim słodzie i czeskim chmielu Żatec (Saaz). 



BRACKIE
Starsze z braci Brackich jest piwem dosyć ciemnym jak na koncernowe standardy jasnych lagerów. Chyba już bliżej mu do jasnego bursztynu, aniżeli do złota. Piana jest dobrze zbudowana, drobna, zbita, w miarę trwała i przyjemnie puszysta. Fajnie też czepia się szkła.
Aromacik nie zapowiada nic nadzwyczajnego, choć Brackie pachnie dosyć intensywnie – przede wszystkim słodowo z wyraźnym naciskiem na biszkopty, mokre zboże i skórkę chleba. Nieco dalej czai się szczypta słodkiego karmelu, czerwonych owoców (sic!) oraz dobrze wypieczonego spodu od szarlotki. Chmielu tu jak na lekarstwo. Pojawia się natomiast nieco dziwna kwiatowo-perfumowa nutka. Jest słodko, cholernie słodowo, ale ma to swój urok. Wącha się to w miarę przyjemnie, choć poniekąd jednostajnie. Obstawiam, że wdarło się tu już niewielkie utlenienie, bo wyraźnie brakuje mi tu świeżości. Ten karmelek z czasem przechodzi w akcenty miodowe, więc musi być coś na rzeczy…
W smaku zbyt wiele się nie dzieje, choć wygórowanych oczekiwać po takim piwie mieć nie sposób. Piwo wodniste nie jest, a to już połowa sukcesu. Jest solidna słodowa podstawa w typie mokrego zboża, podsyconego odrobiną karmelu i jasnego pieczywa. Z oddali macha do nas ręką namiastka chmielu, ziół oraz niewielkiej ziemistości. Wszystko polane jest kropelkami miodu, który nie każdemu podpasuje. Goryczka nie robi na mnie większego wrażenia. W sumie to jest mizerna, choć chyba wciąż troszkę wyższa niż w typowym koncernowym sikaczu. Całość jest w miarę pełna w smaku, dobrze zbalansowana i dość wyrazista.